„Uwaga, nagrywają!”…


… czyli jak multimedialny internet uczłowieczył i…  odczłowieczył dziennikarstwo

W czasach, kiedy niemal każdy nosi w kieszeni kamerę, relacje między dziennikarzem a jego rozmówcami zmieniają się radykalnie

Starsi dziennikarze pamiętają jeszcze czasy, kiedy politycy czy biznesmeni zapraszali media na wielogodzinne spotkania. Dziś mało kto się na to odważy. Jedna gafa, nieprzemyślany żart czy niezręczne zachowanie, sfilmowane i opublikowane w sieci, mogą zniszczyć marzenia o karierze. Zamiast długich spotkań dziennikarze dostają dziś coraz częściej króciutkie, ale perfekcyjnie wyreżyserowane briefingi, w których nie ma miejsca na żadną improwizację czy przypadkowość. Czy oznacza to, że Internet całkiem odczłowieczył już relacje między dziennikarzami i bohaterami newsów, zamieniając je w rodzaj teatru? I tak, i nie.

Dziś niemal każdy nosi w kieszeni cyfrowy aparat, dyktafon, kamerę i komputer z dostępem do Internetu – w swoim smartfonie. Media nigdy jeszcze nie miały takich możliwości ujawniania rzeczy ukrytych przed wzrokiem zwykłych ludzi  i natychmiastowego ich publikowania. Polityka i biznes niewątpliwie będą się przed tym bronić. To dziedziny, w których publiczny wizerunek w ogromnym stopniu decyduje o sukcesie lub porażce. Przekonało się już o tym wiele osób: od kandydata na radnego Jaworzna, który nie wiedział, że jego występ idzie na żywo w lokalnej telewizji po kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych, który zapomniał, że wśród dziesiątek zaufanych osób mogą znaleźć się „trackersi”, polujący na jego wpadki (filmy z ich gafami można znaleźć na YouTube). Im bardziej więc prominenci próbują się „kreować”, tym bardziej dziennikarze (lub ich informatorzy) starają się zedrzeć z ich twarzy PR-owe maski. Nie jest to jednak takie proste.

W czasach multimediów dziennikarz nie może być grzeczny i układny. Nigdy zresztą nie powinien taki być, ale dziś ma to szczególne znaczenie. Prawda o człowieku, który dąży do władzy, politycznej czy ekonomicznej, będzie coraz częściej chowana za fasadą wystudiowanych gestów i słów, profesjonalnie przygotowanych eventów czy inscenizacji. Jeśli dziennikarze ograniczą się do prostych relacji, będą de facto rozpowszechniać PR-ową kreację. Dotarcie do prawdy wymaga w tej sytuacji o wiele więcej wysiłku.

Śpiesz się powoli, motywuj dobrze

Internet jest medium, w którym czas jest bardzo ważny. Politycy i ich spin-doktorzy doskonale to rozumieją. Wiedzą, że dziennikarzom bardzo się śpieszy i umiejętnie to wykorzystują. Dlatego właśnie dziś polityka w mediach często zamienia się w ekspresową wymianę bon motów i oratorskich fajerwerków. Przygotowanych dużo wcześniej, często przez cały sztab profesjonalnych copywriterów.

Jednak dziennikarstwo nie polega wyłącznie na rejestrowaniu wypowiedzi.  Jest przede wszystkim sztuką stawiania pytań. A także umiejętnością odkrywania tego, co w zamyśle prominentów miało zostać na zawsze ukryte. Warto o tym pamiętać, wysyłając dziennikarza „na temat”. Jedno dobre pytanie może zmieść budowany przez miesiące wizerunek rozmówcy, jedna udana prowokacja może ukazać jego prawdziwą twarz. Dlatego każdy z takich tematów powinien być doskonale przemyślany i zaplanowany przez cały zespół redakcyjny. Włącznie ze sporządzeniem - choćby bardzo uproszczonego - „psychologicznego profilu” rozmówcy.

Co to oznacza dla samych dziennikarzy? Niestety, grzeczni, układni i nieśmiali nie odniosą tu wielkiego sukcesu. Fakt, że zdobycie informacji wymaga dziś sporej dawki bezczelności, agresji lub sprytu oznacza, że coraz większą rolę odgrywa osobowość  dziennikarza.  Ale także silna motywacja. Tylko naprawdę mocno „nakręceni” i odważni reporterzy poradzą sobie z mało komfortowymi dla psychiki skutkami swoich działań: niechęcią ze strony urzędników, biznesmenów i osób publicznych, a w skrajnym wypadku - różnego rodzaju szykanami. Jak ich nakręcić? Najważniejsza jest świadomość, że działa się w imieniu określonej – na przykład lokalnej - społeczności i dla jej dobra. W ostatecznym rozrachunku to właśnie ta społeczność doceni zaangażowanie i poświęcenie dziennikarza i będzie go bronić, kiedy na drodze do prawdy naruszy on (chcący lub nie) osobiste dobra jakiegoś prominenta.

Nie zmienia to jednak faktu, że między dziennikarzami a osobami publicznymi toczy się coraz ostrzejszy „wyścig zbrojeń”. Im bardziej ci pierwsi starają się pokazać prawdę, tym bardziej ci drudzy kryją się za fasadą PR-owych kreacji. W tym sensie Internet odczłowieczył dziennikarstwo. Ale są też dziedziny, w których zdarzyło się coś zupełnie odwrotnego.

Najlepsze są proste historie

W czasach zalewu informacji najlepiej „sprzedają się” historie o zwykłych ludziach, niosące ze sobą jakąś ponadczasową prawdę. I w tym sensie Internet uczłowiecza dziennikarstwo.  Nie tylko umożliwia pokazanie szerokiemu gronu odbiorców wyjątkowych ludzi, ale także pozwala na skonfrontowanie „oficjalnych” informacji z opiniami zwykłych odbiorców, opartymi na ich własnych doświadczeniach.

Rewolucją, umożliwiającą wejście dziennikarza z kamerą w życie zwykłego człowieka, było upowszechnienie video online. Internet stał się wielkim domem z tysiącami okien, przez które możemy zajrzeć i obserwować, co się za nimi dzieje. Ta eksplozja „reality” stworzyła nowy rodzaj relacji między reporterem a bohaterem materiału. Ważne stało się nie to, by opisać czy opowiedzieć jakiś temat, ale by go pokazać. W multimedialnych reportażach tekst czy narracja stanowi już tylko uzupełnienie dla obrazu, który staje się najważniejszym sposobem przekazywania informacji. I swoistym dowodem prawdy.

Co to oznacza dla dziennikarzy? Naprawdę ciekawych historii nie da się robić zza biurka. Trzeba wyjść do ludzi, rozmawiać z nimi, słuchać o czym dyskutują w tramwaju czy pociągu, w drodze do pracy. Na początku lat 90. XX wieku, kiedy w Polsce tworzyła się dopiero niezależna prasa, redaktorzy naczelni wyganiali początkujących dziennikarzy z redakcji i kazali im tak długo chodzić po ulicach, aż ci wrócili z jakimś porządnym tematem. Z jednej strony chcieli zmienić stare przyzwyczajenia, jeszcze z czasów „komuny”, że dziennikarstwo można uprawiać zza biurka. Z drugiej – w Polsce działo się wtedy naprawdę mnóstwo ciekawych rzeczy, nowych do tego stopnia, że czekały dopiero na reportera, który je zauważy i opisze. Czy dziś nie jest podobnie?

Pod koniec lat 90. telefony mobilne i poczta elektroniczna zmieniły sposób zdobywania informacji. Wywiad można było zrobić przez komórkę lub maila, nie mając nawet pojęcia, jak wygląda rozmówca. Jednak multimedialny Internet znów wygania dziennikarzy zza biurek.  Reportażu, wywiadu czy relacji video nie zrobimy, siedząc w redakcji.

Proste historie o ludziach mają też inny aspekt – dziś bohaterowie dziennikarskiego materiału mogą być również jego współautorami. Kilka lat temu w „Projekcie Reporter”, wspólnej inicjatywie serwisu YouTube i Centrum Pulitzera pierwszą nagrodę zdobył reportaż Arturo Pereza „Abilities” (Zdolności). Pokazywał on pensjonariuszy domu dla niepełnosprawnych umysłowo w Kalifornii, którzy zajmowali się wieloma różnymi dziedzinami, wymagającymi twórczego myślenia – ogrodnictwem, tkactwem czy nawet fotografią. Perez dał im kamerę, aby filmowali swoich kolegów w czasie tych zajęć, a następnie zmontował ich i swoje własne nagrania w jeden film. Taka właśnie umiejętność mieszania różnego rodzaju narracji, wyjście dziennikarza poza rolę „wszystkowiedzącego mędrca” i traktowanie relacji pozyskanych od zwykłych ludzi jako pełnoprawnej informacji jest dziś być może najważniejszym skutkiem multimedialnej rewolucji, na nowo uczłowieczającej dziennikarstwo.

Chociaż trzeba zawsze pamiętać, że to dziennikarz jest profesjonalistą w tej dziedzinie, a nie jego informatorzy czy bohaterowie.

Andrzej Fedorowicz

www.amaf.pl - szkolenia dziennikarskie

mail: biuro@amaf.pl