Południowa Bretania: na celtyckich ścieżkach

Południowa Bretania to wyzwanie dla kierowców. Jak nie pomylić drogi między Kergoullec, Kergoulliard i Kerguille? Albo między Kerhino a Kerhilio? W kraju, gdzie co druga nazwa miejscowości zaczyna się na „ker”, dobra nawigacja naprawdę się przydaje.

„Ker” to celtyckie słowo, oznaczające „,miejsce, w którym”. Na Półwysep Bretoński Celtowie docierali w kilku falach, począwszy od czasów starożytnych. Ich ślady są tu wszędzie – poza nazwami miejscowości (bardziej pasującymi do Szkocji niż do Francji)  i oczywiście samym językiem bretońskim (który w niczym nie przypomina francuskiego) - także w architekturze, muzyce i … na szlakach spacerowych.

Naszą bazą wypadową jest Belz, niewielkie miasteczko w regionie Morbihan. W ląd wrzyna się tu płytka zatoka, będąca odnogą potężnej Zatoki Biskajskiej. Obok wynajętego przez nas domku stoją dwa drogowskazy: jeden wskazuje kierunek na Kerlutu i Larmor, drugi na wyspę Saint Cado. Wybieramy pierwszy.

Szeroka początkowo droga, ocieniona dorodnymi dębami szybko zwęża się do 2 metrów. Po obu stronach zamykają ją solidne kamienne wały. W najmniejszą nawet przestrzeń między głazami wcisnęła się bujna roślinność najrozmaitszych odmian. W czasie spaceru takim starożytnym wąwozem ma się wrażenie, że skały żyją. Wrzynająca się głęboko w Atlantyk Bretania w ogóle jest przyrodniczym fenomenem. W żadnym innym miejscu nie widziałem palm i brzóz rosnących obok siebie ani 2-metrowych kęp hortensji, ulubionego kwiatu Bretończyków.

Po przejściu około 200 metrów zaskoczenie: na niewielkim wzniesieniu, pod dębem, stoi najprawdziwszy dolmen – starożytny grobowiec. Zbudowany jest jak stół: mniejsze skały podpierają potężny kamienny blat. Komora grobowa jest otwarta, można do niej wejść. Wrażenie niesamowite – to miejsce ma tyle lat, co egipskie piramidy, a ludzie chodzą tu po prostu na spacery z psami.

Szlak do Larmor musiał powstać na długo przed tym, zanim Polska pojawiła się na mapie świata. Do dziś przetrwał w doskonałym stanie, tylko w kilku miejscach przecięły go asfaltowe szosy. Ale nawet domy, które zostały zbudowane obok niego, wyglądają, jakby stały tu od zawsze. Bretończycy bardzo dbają, by ich budynki komponowały się z otoczeniem i przypominały każdemu, kim są ich właściciele – potomkami Celtów.

Leżącej po przeciwnej stronie od Belz wysepki Saint Cado nie ma w większości przewodników turystycznych. A szkoda, bo to niemal Bretania w miniaturze. Święty Cado (zwany też Cadou, Cadoc, Catuod, Catoc, Cazout lub Cadochus) to męczennik z VI wieku, kapłan z Walii, postać nieznana poza południową Bretanią. Tu jednak cieszy się wielkim szacunkiem, a centrum jego kultu jest solidny romański kościółek, zbudowany rzekomo przez świętego dla ochrony mieszkańców wyspy przed piratami. Dziś piraci mieliby ułatwione zadanie, bo wyspa jest połączona z lądem 100-metrowym, kamiennym mostem, którego autorstwo również przypisuje się świętemu.

Naprzeciwko mostu leży maleńka wysepka Nichtarguer, na której stoi jeden rybacki dom.  Równie malowniczy jest środek Ile de Saint Cado. Zajmuje go potężna kalwaria – kamienne wzgórze ze schodami, na którego szczycie umieszczono przed wiekami krzyż, otoczony przez cztery słupy. To miejsce, pełne celtycko-chrześcijańskich symboli wygląda, jak żywcem przeniesione z „Opowieści z Narnii” (Ker Paravel – może stąd to skojarzenie z Bretanią?).

Takich klimatów jest w Bretanii o wiele więcej. 14 kilometrów na południowy wschód od Belz leży miejsce, nad którym archeologowie do dziś łamią sobie głowę. To Carnac, największe skupisko megalitycznych głazów na świecie. Tysiące kamieni o wysokości od kilku metrów zostało ułożonych w potężne kręgi, których przeznaczenie do dziś pozostaje zagadką. Stało się to około 5-6 tysięcy lat temu, czyli dobre 1000 lat przed powstaniem piramid w Egipcie. Do dziś przerwało około 4 tysięcy tych tzw. menhirów, ale kiedyś było ich podobno nawet 10 tysięcy. Osadzano je płytko w ziemi, co wskazuje, że dawni budowniczowie potrafili doskonale wyważyć takie potężne głazy.

Ich największe dzieło jednak nie przetrwało. To 280-tonowy menhir o wysokości 20,6 metra – tyle, ile mierzy 7-pietrowy budynek! Przed tysiącami lat stał on na brzegu morza niedaleko obecnego miasteczka Locmariaquer, oddalonego od Carnac o 13 km. W epoce neolitu musiał robić wrażenie większe, niż dziś wieża Eiffela. Chociaż osadzono go w ziemi na głębokość zaledwie 1,5 metra, stał przez setki lat, zanim powaliło go trzęsienie ziemi.

Dziś przełamany na 4 części Wielki Menhir można oglądać na  terenie kompleksu archeologicznego razem z inną atrakcją – Stołem Marszandów. To potężny dolmen, którego szkielet stanowi „stół” z kamiennym blatem o wadze 65 ton. Całość została obłożona mniejszymi kamieniami (rekonstrukcja z 1993 roku) i sprawia wrażenie małej piramidy. Kiedy wejdziemy do wnętrza, znajdziemy się w komorze grobowej, które sufit i ściany są ozdobione wyrytymi w kamieniu znakami i sylwetkami zwierząt. Skrzyżowanie egipskiego grobowca i jaskini Lascaux…

Tydzień w Bretanii to mało, żeby zobaczyć choćby niewielką część jej gromadzonych przez 6 tysięcy lat skarbów. Tym bardziej, że można je spotkać przy niemal każdej zarośniętej celtyckiej ścieżce.

Tekst i zdjęcia: Andrzej Fedorowicz


Leave a Reply