Kto ma internet, ten ma władzę (3)

W czerwcu 2009 roku doświadczenia z internetowych kampanii wyborczych Roh Moo Hyuna i Barracka Husseina Obamy oraz wnioski z wydarzeń w Mołdawii stały się inspiracją dla Mir Houseina Mousaviego, byłego premiera Iranu i przeciwnika rządzącego w nim od czterech lat prezydenta Mahmuda Ahmadineżada. W serwisie społecznościowym Facebook, popularnym wśród młodych i wykształconych ludzi zgromadził on ponad 170 tysięcy zwolenników. Tym razem jednak wypadki potoczyły się zupełnie inaczej.

W Iranie dostęp do Internetu mają 23 miliony ludzi – jedna trzecia wszystkich mieszkańców. Jeszcze popularniejsze są telefony komórkowe. Jednak od ponad 30 lat kraj jest religijną dyktaturą, w której ostatni głos mają islamscy przywódcy – ajatollahowie. Ostre starcie było nieuniknione.

Gdy tylko w Teheranie zaczęły zbierać się tłumy zwolenników przegranego Mousaviego, zarzucający władzom sfałszowanie wyborów, pierwszą decyzją reżimu – oprócz wysłania policji na ulice – było wyłączenie telefonów komórkowych w stolicy i zablokowanie dostępu do serwisu Facebook. Jednak sam internet działał. Jak się okazało, władze miały powody, by nie wyłączać go całkowicie. Gdy na ulicach trwały krwawe starcia demonstrantów z policją, w sieci trwała inna wojna.

Cytowany przez „Wall Street Journal” ekspert ds. Internetu z Teheranu ujawnił anonimowo, że w czasie zamieszek irańskie władze po raz pierwszy użyły w pełni specjalnego urządzenia, umożliwiającego zbieranie informacji o użytkownikach sieci oraz przetwarzanie ich w celu dezinformacji. Urządzenie to o nazwie Platforma Wywiadowcza (pisałem o niej w tekście „Wszyscy jesteśmy obserwowani”, Focus nr 6/2009) wyprodukowała firma Siemens, która nie ujawnia, gdzie trafiło ok.100 sprzedanych dotąd egzemplarzy. Jak się okazało, jedną z Platform zakupiły władze Iranu.

Wykorzystywano ją dotąd głównie do podsłuchiwania rozmów telefonicznych, ale „internetowa mobilizacja” zwolenników Mousaviego spowodowała, że Platforma stała się jednym z głównych narzędzi walki z opozycją w sieci. Umożliwia ona bowiem tzw. głęboką inspekcję pakietów internetowych (DPI), co w praktyce oznacza możliwość sprawdzenia każdego maila, wpisu na forum, wiadomości w serwisie społecznościowym, a nawet ich przeredagowanie. Platforma jest w stanie odkodować każdą przesyłaną przez sieć wiadomość, usunąć z niej niepożądane słowa czy nawet całkowicie zmienić treść i powtórnie ją zakodować w czasie zaledwie kilku milisekund.

Irańscy internauci nie pozostali dłużni, chociaż ich możliwości bojowe były o wiele skromniejsze. Mimo to nawet przy ograniczonym dostępie do sieci internetowi partyzanci mogli, nie wychodząc z domów, zaopatrywać się w „broń” w dowolnym miejscu na świecie. Wystarczyło, że ściągnęli na swój komputer odpowiednie oprogramowanie.

W poniedziałek 15 czerwca 2009 roku 25-letni londyńczyk Ryan Kelly (na zdjęciu) stwierdził, że na stworzonej przez niego internetowej witrynie „Page Rebooter” w ciągu jednej nocy liczba odwiedzin wzrosła z 700 do 41 000. Witryna zawierała programowanie, które automatycznie odświeżało strony internetowe co kilka sekund. Kelly, z zawodu informatyk, wykorzystywał ją do przeglądania wyników sportowych oraz kontrolowania aukcji na serwisie Ebay. Tym razem jednak liczba odwiedzin sugerowała, że „Page Rebooter” posłużył do innego celu. Poprzez częste odświeżanie stron można bowiem zatkać mniej wydajne serwery.

Podejrzenia Kellego potwierdził anonimowy mail: „Proszę wyłączyć na kilka dni swoją stronę internetową, gdyż jest ona wykorzystywana do ataków na inne witryny”. Kelly spełnił prośbę, ale już wkrótce otrzymał kolejnego maila: „Uruchom proszę swoją stronę najszybciej , jak się da. Potrzebujemy twojej pomocy w Iranie przeciwko Ahmadineżadowi”. Po chwili jego skrzynka mailowa zapełniła się podobnymi prośbami. Kelly uruchomił stronę.

– Nigdy nie przypuszczałem, że ludzie mieszkający 4,5 tysiąca kilometrów od Londynu będą potrzebowali jej w takim celu – wyznał później agencji CNN.

Jak się okazało, irańscy cyberdysydenci zaatakowali za pomocą „Page Reebota” strony internetowe prezydenta i rządu, oficjalnych gazet, policji, wojska, banków, sądów i firm transportowych. Za pomocą maili, w których wymieniali „listę celów”, rozpowszechniali także własny programik do ataków, DoS-LOC.exe.

Ale Ryan Kelly nie był jedyną osobą, która otrzymała prośbę o niewyłączanie swojej strony. W ten sam poniedziałkowy poranek 33-letni Jack Dorsey, twórca niezwykle popularnego serwisu mikroblogowego Twitter (Głośnik) odebrał telefon od pracownika Departamentu Stanu USA. Urzędnik prosił, by przełożyć o kilka dni prace nad planowanym na ten dzień przenoszeniem serwisu na bardziej wydajne serwery, gdyż może to zakłócić dostęp do Twittera dla irańskiej opozycji. Okazało się bowiem, że po wyłączeniu sieci komórkowych przez władze w Teheranie to właśnie Głośnik, umożliwiający szybkie wysyłanie liczących do 140 znaków wiadomości, zastąpił sms-y którymi wcześniej porozumiewali się przeciwnicy Ahmadineżada.

video>

Także filmowy portal YouTube stał się narzędziem walki dla irańskich cyberdysydentów. Dzięki niemu oddział BBC nadający w języku perskim dostawał z ogarniętego zamieszkami Teheranu średnio pięć amatorskich filmów na minutę (zobacz film powyżej).

W następnym odcinku: co się dzieje w krajach za „cyfrową kurtyną”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *