Kto ma internet, ten ma władzę (1)

Bronią buntowników XXI wieku nie są już kamienie i butelki z benzyną, a telefony komórkowe i komputery z dostępem do Internetu. Dyktatorzy na całym świecie także coraz mniej polegają na policji i wojsku, a coraz więcej inwestują w technologie, pozwalające na skuteczną walkę z cyberdysydentami. Kto wygra tę próbę sił?

video>

27-letnia Neda Agha Soltani zginęła od policyjnej kuli w czasie opozycyjnej manifestacji w Teheranie 20 czerwca 2009 roku. Nakręcony telefonem komórkowym 45-sekundowy film (fragmenty powyżej), pokazujący umierającą dziewczynę, tego samego dnia pojawił się w serwisie You Tube. Mimo, że reżim prezydenta Mahmuda Ahmadineżada nie zezwolił zagranicznym dziennikarzom na opuszczanie biur i hoteli i wyłączył łączność komórkową w mieście, cały świat - dzięki Internetowi - mógł zobaczyć wstrząsające zdjęcia z ogarniętego powyborczymi zamieszkami Iranu.

Dla dyktatorskich reżimów internet i telefony komórkowe są dziś największym wyzwaniem. Z jednej strony - nie da się bez nich budować nowoczesnej i wydajnej gospodarki. Z drugiej - dla młodych i wykształconych ludzi z sieć stała się oazą wolności. Jak się okazało, bardzo niebezpieczną dla totalitarnej władzy.

Pierwszym prezydentem, który stracił urząd dzięki mailom i sms-om był Joseph Ejercito Estrada (powyżej). W ciągu trzech lat rządów ten filipiński populista zdefraudował kilka miliardów dolarów z państwowych funduszy. 20 stycznia 2001 roku wściekli mieszkańcy Manili, stolicy kraju, zaczęli rozsyłać do znajomych sms-y i maile o treści „Go 2EDSA, wear black”. Ten skrót oznaczał „Idź na (aleję) Epifanio de los Santos, załóż czarne ubranie”.

Zwołana przez komórki i komputery demonstracja zgromadziła milion ludzi. W ciągu następnych dni ubrany na czarno tłum gromadził się jeszcze kilkakrotnie. Prezydent Estrada musiał ustąpić (po czym został skazany na dożywocie).

Kiedy więc po wyborach w Iranie zwolennicy opozycyjnego kandydata Mir Hosseina Mousaviego (na zdjęciu powyżej) zapowiedzieli,  że nie uznają jego przegranej i zaczęli zwoływać się na demonstracje, jedną z pierwszych decyzji reżimu było wyłączenie nadajników telefonii komórkowej i blokada serwisu społecznościowego Facebook (odpowiednik naszej-klasy.pl), w którym Mousavi  prowadził wcześniej kampanię wyboczą, pozyskując tysiące młodych zwolenników. Wiedział, co robi. Siedem lat wcześniej inny „człowiek znikąd” wygrał w podobny sposób wybory w Korei Południowej.

W 2002 roku liberał Roh Moo Hyun nie miał szans na zwycięstwo w wyborach prezydenckich. Trzy główne konserwatywne dzienniki kraju – mające 80 procent rynku - popierały kandydaturę Li Hoi Changa z Partii Narodowej. Również telewizja nie była mu przychylna. Nieoczekiwane poparcie przyszło ze strony serwisu internetowego OhmyNews.

Ten założony w 2000 roku portal w ciągu dwóch lat stał największym forum dyskusyjnym na świecie, działającym pod hasłem „Każdy obywatel jest reporterem”. Publikowało w nim swoje teksty 300 tysięcy dziennikarzy-amatorów, najczęściej nastawionych opozycyjnie wobec rządzącej ekipy i oficjalnych mediów.

Roh Moo Hyun (powyżej) jako pierwszy polityk na świecie zrozumiał, jaka siła drzemie w tym spontanicznym obywatelskim ruchu. Swoją kampanię wyborczą oparł na Internecie, do którego w 2002 roku miało dostęp już ponad 70 procent mieszkańców Korei Południowej, będącej jednym z najlepiej zinformatyzowanych krajów świata. Za pośrednictwem OhmyNews zaczęły powstawać lokalne komitety wyborcze, rozpoczęło się zbieranie funduszy i organizowanie wieców poparcia. 19 grudnia 2002 roku nadszedł dzień próby.

Pierwsze sondaże z dnia wyborów nie były korzystne dla Roh Moo Hyuna. Jego kontrkandydat miał cały czas przewagę. Wtedy wolontariusze z OhmyNews rozpoczęli rozsyłanie maili i sms-ów z prośbą o poparcie. Dotarły one do 800 tysięcy wyborców. Finisz głosowania był imponujący. W ciągu ostatnich kilku godzin przed zamknięciem lokali wyborczych liberał wyprzedził swojego konkurenta o 570 980 głosów. Roh Moo Hyun został pierwszym w historii prezydentem wybranym dzięki internautom.

W następnych odcinkach: o pierwszych internetowych kampaniach wyborczych w USA, cyberwojnach domowych w Mołdawii i Iranie, sposobach walki politycznej w sieci oraz tym, co się dzieje w krajach za “cyfrową kurtyną”.


One Response to “Kto ma internet, ten ma władzę (1)”

  1. programy Says:

    Strona godna uwagi. Wpisy konkretne, zawsze dowiaduję się czegoś nowego. Lądujecie w moich zakładkach!

Leave a Reply