Jak naprawdę odzyskiwaliśmy niepodległość?

Ustalenie, w jakim dniu Polska odzyskała niepodległość, jest praktycznie niemożliwe.

W środowe przedpołudnie 30 października 1918 roku do ratusza w Ostrawie przybyła trzyosobowa delegacja pod kierownictwem Bolesława Włodka, nauczyciela z polskiej szkoły. Delegaci oświadczyli osłupiałym Czechom, że przychodzą w imieniu Rady Narodowej z Cieszyna, by przełączyć miasto do Polski. Kiedy usłyszeli, że dzień wcześniej Ostrawa ogłosiła przynależność do nowo utworzonego państwa czechosłowackiego, grzecznie przeprosili za nieporozumienie i wyszli. Zszokowany Ferdinand Pelc, wiceprzewodniczący Zemskiego Národnígo Výboru pro Slezsko zanotował tego dnia: „Było jasne, że jeśli Polacy odważyli się przyjść do Ostrawy, najbardziej czeskiej gminy w rejonie, która nigdy nie miała polskiej większości ani władzy, to zapewne pójdą bezwzględnie wszędzie, a zatem grozi nam poważny konflikt, który może mieć nieobliczalne skutki!”.

Zdarzenia z Ostrawy pokazują, w jakich warunkach odbywało się powstawanie nowych krajów, wyłaniających się z upadłych imperiów Rosji, Niemiec i Austro-Węgier pod koniec I wojny światowej: w wyścigu do niepodległości liczył się każdy dzień. Istnieje więc co najmniej kilka dat, które można by uznać za symboliczny początek niepodległości Polski. Dlaczego świętujemy więc 11 listopada?

7 października – Deklaracja Niepodległości

Polskie niepodległe państwo istniało od 7 października 1918 roku. Było to Królestwo Polskie, obejmujące obszar 108 tysięcy kilometrów kwadratowych i zamieszkałe przez 10,5 miliona ludzi. Utworzone dwa lata wcześniej na terenach zajętych przez armie Niemiec i Austro-Węgier, początkowo funkcjonowało pod ścisłym nadzorem władz okupacyjnych, jednak w miarę zmian sytuacji na froncie zyskiwało coraz większą autonomię. Głową państwa była trzyosobowa Rada Regencyjna, w której skład wchodzili książę Zdzisław Lubomirski, arcybiskup warszawski Aleksander Kakowski i ziemianin Józef Ostrowski. Królestwo miało również własny rząd i organ ustawodawczy – Radę Stanu, a od września 1917 roku również własną konstytucję.

O sprawności tych władz świadczy fakt, że w październiku 1918 roku pod kontrolą polskiej administracji znajdowało się szkolnictwo, wymiar sprawiedliwości, opieka medyczna oraz urzędy państwowe, a także sieć placówek dyplomatycznych. Także dorobek ustawodawczy był imponujący – wiele wydanych w czasie istnienia Królestwa Polskiego aktów prawnych przetrwało bez większych zmian cały okres II RP. Królestwo utworzyło też własne siły zbrojne pod dowództwem generała Rozwadowskiego. Od 12 października 1918 roku były one oficjalnie nazywane Wojskiem Polskim i składały przysięgę na wierność państwu polskiemu, którego powstanie zostało proklamowane przez Radę pięć dni wcześniej.

Deklaracja niepodległości z 7 października nie zmieniała to jednak faktu, że w Królestwie wciąż przybywało 80 tysięcy niemieckich żołnierzy i urzędników, było to więc terytorium okupowane. Z kolei Rada Regencyjna była oskarżana o kolaborację z Niemcami i uważana za reprezentanta interesów skrajnej prawicy, co w ogarniętej rewolucyjną gorączką Europie było poważnym problemem. Rewolucja lub zamach stanu był więc tylko kwestią czasu. Jako pierwszy próbę puczu podjął… powołany przez Radę Regencyjną rząd Józefa Świeżyńskiego.

Stanisław Wojciechowski, polityk PPS i późniejszy prezydent Polski tak to wspominał: „W listopadzie wypadki polityczne zaczęły rozwijać się z zawrotną szybkością. Rząd Świeżyńskiego doszedł do porozumienia z ludowcami i socjalistami i 3 listopada wydał odezwę zapowiadającą, że nowy rząd obejmie władzę niepodzielną do czasu zwołania sejmu ustawodawczego. Na ulicy Berga, obecnie Traugutta, spotkałem Zygmunta Chrzanowskiego, który w gabinecie Świeżyńskiego był ministrem spraw wewnętrznych. Na pytanie moje, czemu tak spieszy, odpowiedział wesoło: „Idę na Radę Ministrów po rozkaz aresztowania Rady Regencyjnej”. Niestety spotkał go zawód: Świeżyński okazał się słabym człowiekiem”.

Z pierwszym zamachem stanu poradzono sobie z łatwością: „ Rada Regencyjna postanowiła udzielić dymisji rządowi. Z aktem dymisji wysłałem do Świeżyńskiego mego adiutanta Rostworowskiego. Obecny na posiedzeniu ks. Janusz Radziwiłł doradził jeszcze, by zażądać od Świeżyńskiego kontrasygnacji tego aktu. Byłem głęboko przekonany, że będzie to bezowocne — ale żądać zawsze można. I niech pan sobie wyobrazi, że Świeżyński podpisał! Wobec czego zamach został w sposób najzupełniej legalny zlikwidowany. Tylko trzech ministrów nie chciało ustąpić. Głąbiński (sprawy zagraniczne) i Chrzanowski (wewnętrzne) powiedzieli, iż będą dalej urzędować. Wobec czego ustawiliśmy przed tymi ministerstwami żandarmów, którzy tych ministrów do ich gmachów nie dopuścili” – zanotował książę Lubomirski.

7 listopada – Dzień Republiki

Niespełna 4 dni po operetkowym zamachu Rada Regencyjna stanęła przed kolejnym wyzwaniem – powstaniem w Lublinie samozwańczego rządu tymczasowego. Tu sprawa była już o wiele poważniejsza i groziła wręcz wybuchem wojny secesyjnej. Lublin znajdował się na terytorium Królestwa Polskiego, ale w strefie okupacji austriackiej, spod której mieszkańcy miasta wyzwolili się już na początku listopada, rozbrajając stacjonujących tam żołnierzy. Było to więc pierwsze terytorium Królestwa Polskiego, na którym pełnię władzy przejęli Polacy. Bogusław Miedziński, późniejszy polityk i dziennikarz, tak to wspominał:  „Stanęliśmy w Lublinie 1 listopada. Na dworcu kolejowym zastaliśmy już gromady żołnierzy austriackich najrozmaitszych narodowości, walczących bezradnie o miejsca w pociągach odchodzących w kierunku Lwowa, Krakowa i dalej. Witający Śmigłego mjr Burhardt-Bukacki zameldował, że likwidacja okupacji jest już w toku, czynione jest natomiast wszystko, aby oddziały składające się z Polaków zatrzymać i uzyskać w ten sposób gotowe wojsko”.

Chociaż początkowo przejmowanie władzy w mieście odbywało się w imieniu Rady Regencyjnej, Lublin wkrótce wypowiedział posłuszeństwo Warszawie. Jak wspominał polityk Bogdan Hutten-Czapski: „Siły przeciwne nie dały się już powstrzymać. W Lublinie powstał w nocy z 6 na 7 listopada „Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej” pod przewodnictwem przywódcy socjalistów galicyjskich Ignacego Daszyńskiego. […] Pierwszym czynem tego rządu było ogłoszenie: po pierwsze, złożenia z urzędu ustanowionej przez mocarstwa okupacyjne Rady Regencyjnej, a po wtóre — siebie jako najwyższej władzy dla całego Narodu Polskiego. Łączyła się z tym zapowiedź daleko idących reform społecznych oraz radykalnej reformy rolnej. W ten sposób i lewica niepodległościowa zgłaszała się jako kandydatka do objęcia całej władzy w państwie. Lubelski rząd rewolucyjny miał jednak poważnych przeciwników. Stronnictwa umiarkowane w Warszawie odpowiedziały wspólnym protestem przeciw narzucaniu rządów partyjnych lub lokalnych, zaznaczając konieczność utworzenia Rządu Narodowego z reprezentantów wszystkich kierunków”.

Lubelska deklaracja była jednak pierwsza, w której padły słowa „Republika Polska”. Dla członków Rady Regencyjnej było jasne, że nastroje polityczne gwałtownie się radykalizują i los Królestwa Polskiego wisi na włosku. Był tylko jeden człowiek, który mógł nie dopuścić do wybuchu rewolucji i wojny domowej – Józef Piłsudski, wcześniej działacz lewicowej PPS, a jednocześnie członek tymczasowej Rady Stanu Królestwa Polskiego, aresztowany w lipcu 1917 roku za odmowę złożenia przysięgi na wierność niemieckiemu cesarzowi. Jeszcze tego samego dnia rozpoczęły się gorączkowe starania o zwolnienia go z twierdzy w Magdeburgu. Harry Kessler, dyplomata i polityk niemiecki, tak to wspominał:

„W nocy z 7 na 8 listopada nadszedł do mnie pośpieszny rozkaz, by Piłsudskiego już bez pisemnej deklaracji uwolnić i jak najszybszą drogą przewieźć do Berlina. […]. Piłsudski i jego szef sztabu Sosnkowski o niczym za swoimi kratami i drewnianymi palisadami nie wiedzieli, przechadzając się przy pięknym poranku po ogrodzie, toteż kiedy [9 listopada rano] stanąłem przed nimi w swoim dziwnym przebraniu, które wcale do tej uroczystej chwili nie pasowało, mieli twarze nieco zdziwione. Wiadomość o swym uwolnieniu przyjęli jednak z grzecznością pełną godności à la polonaise. Zakomunikowałem im, że ponieważ w mieście wybuchły rozruchy, musimy się spieszyć i że mogę im z tego powodu dać zaledwie dziesięć minut na spakowanie. Chodziłem jak na węglach po ogrodzie, podczas gdy oni na górze pakowali swoje szczoteczki do zębów, nocne pantofle i fotografie rodzinne. W końcu zjawili się, każdy z zawiniątkiem: Piłsudski w mundurze polskiego pułkownika, Sosnkowski w cywilnym ubraniu, wreszcie ja, od góry w płaszczu myśliwskim, od dołu w wojskowych butach, wszystko to uwieńczone miękkim kapeluszem. Przeszliśmy obok zdumionej i przerażonej straży, obeszliśmy wokół twierdzę przez drugi most na Elbie (twierdza jest położona na wyspie) i napotkaliśmy stenotypistkę, która nam zameldowała o pomyślnym przybyciu samochodu na szosę.”.

Józef Piłsudski zapamiętał to zdarzenie tak: ”Zjawili się dwaj oficerowie niemieccy i oświadczyli nam, że jesteśmy wolni i mamy natychmiast wyjechać do Berlina, skąd o szóstej wieczorem tegoż dnia odjeżdżamy pociągiem do Warszawy. Gdy, zdziwieni, oglądaliśmy cywilny ubiór oficerów, powiedzieli nam oni z zażenowaniem, że rewolucja wybuchła w Magdeburgu i że wyjedziemy autami, nie jako wojskowi, ale jako zwykli śmiertelnicy. Przepraszając, prosili nas bardzo, byśmy nie zabierali żadnych swoich rzeczy z sobą, gdyż obawiają się, że może to zwrócić uwagę manifestantów chodzących po ulicach”.

14 listopada – Dzień Niepodległości

9 listopada, po przyjeździe do Berlina, około drugiej po południu Harry Kessler zaprosił Piłsudskiego i Sosnkowskiego do restauracji Hillera przy Friedrichstrasse. Tam przesiedzieli kilka godzin czekając na pociąg, podczas gdy ulicami ciągnęły zrewoltowane tłumy – tego dnia ogłoszono abdykację cesarza Wilhelma II. „Nastrój w tym cichym, głęboko zasłoniętym pokoju, przy starannie oziębianych lub podgrzewanych winach, przy obiedzie „przedwojennym”, w towarzystwie takiego człowieka jak Piłsudski, kiedy na zewnątrz rozbrzmiewała rewolucja — był przedziwny. Piłsudski, zamknięty w sobie i zamyślony, powtarzał swoją troskę: przybywa za późno, być może za późno, aby ratować Polskę przed bolszewizmem” – wspominał później Kessler.

O godz. 6. po południu Piłsudski i Sosnkowski wyjechali do Warszawy, by dotrzeć tam około 8. rano następnego dnia. Była niedziela 10 listopada i na peronie czekało już na nich całe grono polityków. „Wybiegam. Jeszcze ciemno. Na peronie czeka Zdzisław Lubomirski – stoi sam z adiutantem Rostworowskim, inne grupki czekających nie zbliżają się do niego. Wiem, że na mieście panuje nastrój wrogi regentom i że dziś były manifestacje żądające ich ustąpienia. Podchodzę: serdecznie jest zdziwiony moją tu obecnością i moim mundurem. Zaczynamy gawędzić, wyglądając pociągu. „Co za szczęście, że zdołaliśmy uzyskać zwolnienie Piłsudskiego!” […] Ale pociąg już się zbliża. Napięcie rośnie. Pierwszy wychodzi Piłsudski, w szaroniebieskim płaszczu wojskowym i takiejże maciejówce, chudy, smukły, spod sumiastego wąsa zdaje się przezierać uśmiech. Sprężystym krokiem idzie prosto do Lubomirskiego, z którym wita się bardzo serdecznie. Zdaje się żartować, ale regent nader poważnie mu coś klaruje. Po chwili wuj zabiera go do swego samochodu i wiezie do siebie na Frascati” – zapamiętał tą chwilę Jan Gawroński, późniejszy dyplomata.

„Pojechaliśmy na Frascati. Tam przedstawiłem Piłsudskiemu stan rzeczy, wyraziłem przekonanie, że powinien prędzej czy później objąć władzę w Warszawie. Piłsudski na to mi odpowiedział: „Ja muszę pojechać do Lublina”. […] Chciał nawet tam zaraz jechać, ja mu to odradzałem […]. Na mój zarzut, iż rząd lubelski nie jest rządem ogólnonarodowym, ale partyjnym, odpowiadał: „Tak, ale jest on na wolnej ziemi”. „Panie Komendancie, mam przekonanie, że tu też lada dzień ziemia będzie wolna” — dowodziłem. „No, ja zobaczę” – mówił Komendant” – wspominał później książę Lubomirski.

Piłsudski, mocno zdezorientowany sytuacją, którą zastał w Królestwie Polskim, po południu pojechał na Pragę, by spotkać się ze swoją konkubiną Aleksandrą Szczerbińską i zobaczyć 9-miesięczną już córkę Wandę, która urodziła się w czasie, kiedy był więziony w Magdeburgu. Przed kamienicą czekał na niego tłum robotników, wierzących, że wkrótce socjalista Piłsudski stanie na czele rządu i przeprowadzi gruntowne reformy społeczne.

Następnego dnia, w poniedziałek 11 listopada, Rada Regencyjna przekazała Piłsudskiemu władzę na wojskiem. Tego samego dnia niemiecki polityk Matthias Erzberger podpisał w Compiegne pod Paryżem rozejm, kończący I wojnę światową. W Warszawie trwało tymczasem spontaniczne rozbrajanie żołnierzy armii okupacyjnej: „Niemcy zbaranieli, gdzieniegdzie się bronią, zresztą dają się rozbrajać nie tylko przez wojskowych, ale przez lada chłystków cywilnych. Widok niepojęty. Idąc ulicą, spostrzega się samochody niemieckie z czerwonymi chorągwiami — zatrzymują je Polacy i każą Niemcom wysiadać — zwracają im tylko krasne godło. To samo dzieje się z powozami i końmi. Cała ta akcja idzie gładko; podziwiam poddanie się butnych jeszcze przedwczoraj ciemięzców oraz łagodność Polaków wobec pokonanego wroga, trzyletniego dręczyciela i kata” – pisała w pamiętniku Maria Lubomirska. To samo działo się w Łodzi.

W warszawskim zamku wciąż jednak urzędował niemiecki generał-gubernator Hans von Beseler, kraj istniał w kształcie terytorialnym i ustrojowym nadanym przez okupantów, miał dwa konkurujące ze sobą rządy, a ewakuacja 80 tysięcy Niemców (w tym 30 tysięcy z Warszawy) dopiero się rozpoczynała. 11 listopada nie był więc momentem, w którym Polacy mieli poczucie, że są we własnym państwie. Dopiero w czwartek 14 listopada udało się ogarnąć sytuację: niemieccy urzędnicy i wojska opuścili Warszawę, Rada Regencyjna dokonała samorozwiązania i przekazała pełnię władzy Józefowi Piłsudskiemu, a Ignacy Daszyński dał się przekonać do sformowania nowego rządu o szerszym składzie politycznym. Tego samego dnia został powołany przez Piłsudskiego na stanowisko prezesa rady ministrów Republiki Polskiej. Królestwo Polskie przestało oficjalnie istnieć.

16 listopada – Dzień Jedności Narodu?

O powstaniu nowego państwa Józef Piłsudski powiadomił przywódców innych narodów dopiero 16 listopada. Tego dnia zdecydował też o przejęciu władzy w leżącym poza granicami byłego już Królestwa Krakowie (gdzie rządziła dotąd nieuznająca Rady Regencyjnej Polska Komisja Likwidacyjna), wsparciu walczących od dwóch tygodni z Ukraińcami Polaków we Lwowie oraz ściągnięciu z Francji armii generała Hallera. To był jednak dopiero początek budowania nowego państwa.

W ciągu kolejnych czterech lat, w wyniku wojen, powstań, plebiscytów i decyzji zapadających na konferencji pokojowej w Paryżu, terytorium Polski powiększyło się niemal czterokrotnie. Jednym z ostatnich aktów tego procesu była ustawa z 16 czerwca 1922 roku o rozciągnięciu na ziemie województwa śląskiego konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Nic więc dziwnego, że w II Rzeczypospolitej nie obchodzono początkowo Dnia Niepodległości – każdy region kraju musiałby obchodzić to święto w innym terminie.

Sam Józef Piłsudski jako datę pierwszego święta narodowego obchodzonego w 1919 roku wybrał 10 lutego – dzień otwarcia Sejmu Ustawodawczego. Ostatecznie najważniejszym świętem państwowym II RP został 3 maja – rocznicę uchwalenia konstytucji z 1791 roku. Polityczni przeciwnicy Piłsudskiego nie uważali bynajmniej, że Święto Niepodległości należy łączyć z jego nazwiskiem.

11 listopada, jako rocznica przejęcia przez Piłsudskiego władzy nad wojskiem z rąk Rady Regencyjnej, pojawił się więc dopiero po zamachu majowym w 1926 roku i był uroczyście obchodzony wyłącznie w armii (był też dniem wolnym od pracy w administracji publicznej i szkołach). Świętem państwowym stał się dopiero po śmierci Marszałka, jednak w II RP fetowano je tylko w 1937 i 1938 roku. I chociaż od odzyskania niepodległości mija właśnie 100 lat, Narodowe Święto Niepodległości obchodzimy dopiero po raz trzydziesty drugi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *