Archive for październik, 2009

Faktowi ku pamięci

sobota, październik 31st, 2009

Dziś “Fakt” zwolnił 24 dziennikarzy i sporą grupę grafików. Pracownikom z najdłuższym stażem oferuje bajeczne wręcz warunki odejścia: 6-miesięczny okres wypowiedzenia, płatny w 100 procentach, bez obowiązku świadczenia pracy na rzecz redakcji i bez zakazu konkurencji. Podobno dogadanie się na takich warunkach z pracownikami bardziej opłaca się firmie Axel Springer, niż zwolnienia grupowe. A jest kogo zwalniać.

Ostatnio szefowie oddziałów tego koncernu spotkali się w Austrii, by podzielić się przemyśleniami na temat czeskiej gazety “Blesk”. Ten sensacyjny tabloid osiąga w 10-milionowym kraju sprzedaż w okolicach 250 tysięcy egzemplarzy, czyli proporcjonalnie wyższą, niż “Bild Zeitung” w Niemczech czy “Fakt” w Polsce. I co najciekawsze - robi go zespół zaledwie 45 dziennikarzy. W “Fakcie” pracuje ich 195. A raczej pracowało.

Skąd się wzięły takie gazety-molochy, w których do zrobienia jednej strony informacji potrzeba ponad 10 osób? Niektórzy pamiętają jeszcze czasy, w których gazety większość swoich przychodów osiągały ze sprzedaży egzemplarzowej, a nie z reklam. Zespoły redakcyjne były niewielkie, pensje skromne, ale bezpośrednio powiązane z jakością publikowanych tekstów. Dobry materiał mógł zwiększyć sprzedaż gazety nawet o 10 procent i to bez żadnych marketingowych sztuczek.

Sytuacja zaczęła się zmieniać w połowie lat 90., wraz z przechodzeniem czarno-białych dotąd gazet na kolor. Dzienniki stały się z dnia na dzień interesującym dla ważnych domów mediowych nośnikiem reklam, alternatywnym wobec coraz droższej telewizji. Duże firmy zaczęły na stałe wpisywać reklamy w gazetach w swoje strategie marketingowe. Wąski strumyk pieniędzy płynących do gazet zmienił się w szeroką rzekę. Pod koniec lat 90. dzienniki były już miejscem, w którym zarabiało się naprawdę duże pieniądze.

90 procent tych pieniędzy zarabiały działy reklamy. Pieniądze pochodziły od banków, deweloperów, dilerów samochodowych, towarzystw ubezpieczeniowych, operatorów sieci komórkowych itp. Wszystkie te firmy składały się przez ostatnią dekadę na to, by zatrudnienie w redakcjach puchło, a pensje rosły.

Dziennikarze i redaktorzy żyli jednak w przekonaniu, że to ich zasługa. I to mimo faktu, że pieniądze ze sprzedaży gazet - a więc te bezpośrednio uzyskiwane od czytelników - wynosiły czasem zaledwie 10 procent przychodów. W miarę wzrostu zatrudnienia wydajność dziennikarzy spadała, podobnie jak jakość coraz droższych tekstów, których autorzy (a także ich szefowie) nijak nie mogli odnaleźć się w nowym świecie multimediów. Tekstów - dodajmy - poddawanych bezlitosnej ocenie w internecie przez sieciową społeczność, która nie ma już nabożnego stosunku do słowa drukowanego i nie ufa wielkim koncernom wydawniczym.

Dopóki jednak strategie reklamowe innych wielkich koncernów przewidywały wykorzystanie dzienników, dziennikarze i redaktorzy mogli spać spokojnie. Rozwój internetu i kryzys zniszczyły jednak ten 10-letni błogostan. Dziś w USA wydawcy gazet - już po wielkich cięciach zatrudnienia siegających nawet 50 procent załogi - nadal nie mogą dopiąć przychodów i wydatków. Domagają się więc coraz głośniej, by podatnicy pomogli w utrzymywaniu gazet w podobny sposób, jak robią to w przypadku muzeów czy domów kultury.

W Polsce obecne cięcia zatrudnienia i pensji w dziennikach nadal mają się nijak do wydajności zespołów redakcyjnych. O ile pensję dobrego grafika w “Fakcie” na poziomie 5 tys. zł czy doświadczonego szefa działu w okolicach 10 tys. zł brutto można uznać za w miarę normalne, o tyle utrzymywanie 6-7 redaktorów naczelnych i ich zastępców w jednej gazecie z pensjami 20-25 tys. zł brutto jest ekonomicznym absurdem. Podobnie jak kosmiczne pensje i premie zarządów banków przed kryzysem finansowym.

Tu jednak zmiany przyjdą najpóźniej. Ale w końcu - przyjdą.

Kto ma internet, ten ma władzę (4)

środa, październik 21st, 2009

Największym krajem, któremu dziś udaje się kontrolować internet, są Chiny. Dlatego w ostatnich latach do Pekinu pielgrzymują ministrowie informacji dyktatorskich rządów, by wprowadzić tamtejsze doświadczenia także w swoich państwach. Do krajów, które organizacja Reporterzy Bez Granic (RSF) uznała za „wrogów Internetu” należą oprócz Chin także Birma, Kuba, Egipt, Iran, Korea Północna, Arabia Saudyjska, Syria, Tunezja, Turkmenistan, Uzbekistan, Wietnam oraz Białoruś. Korzystanie z sieci jest tam często ograniczone do ściśle kontrolowanych przez policję kafejek internetowych, a za publikowanie „treści antypaństwowych” w internecie grożą wieloletnie wyroki więzienia.

Do 1998 roku przeciętny Chińczyk nie miał w ogóle możliwości korzystania z sieci. Jednak partia komunistyczna, obawiając się, że doprowadzi to do cywilizacyjnego zacofania kraju, zgodziła się na publiczny dostęp do Internetu. Jednocześnie rozpoczęło się wdrażanie projektu o nazwie Złota Tarcza, który jest dziś uważany za najbardziej wyrafinowany system cenzury na świecie.

Projekt, który poza granicami Chin zyskał sobie szybko nazwę The Great Firewall of China, umożliwia obecnie kontrolę 130 milionów internatów w tym kraju (więcej jest tylko w USA) na wiele różnych sposobów. Poza blokowaniem dostępu do stron zawierających niepożądane przez władze zwroty, takie jak „ Tian’anmen”, „Falun Gong,”, Dalaj Lama”, „Tybet”, „Tajwan” i tysiące innych, w całym kraju prowadzona jest akcja wyłapywania osób publikujących zakazane treści oraz webmasterów, próbujących ominąć blokady. Według organizacji Amnesty International w Chinach co najmniej 54 osoby są więzione za publikacje w sieci. Według Reporterów bez Granic cyberdysydentów jest co najmniej 81.

Jednak w sytuacji, gdy w chińskiej sieci każdego dnia przybywa 50 tysięcy nowych blogów, rząd nie ma możliwości kontroli wszystkiego za pomocą techniki i policji. Dlatego władze zatrudniają w całym kraju 30 tysięcy cenzorów, którzy ręcznie usuwają nieprawomyślne wpisy lub zmieniają ich treść. Dodatkowo władze Pekinu rozpoczęły ostatnio rekrutację 10 tysięcy społecznych „kontrolerów sieci”, którzy mają pomóc urzędnikom w monitorowaniu 370 tysięcy stron internetowych zarejestrowanych w tym mieście.

Chiński rząd wykorzystuje także sprytnie fakt, że olbrzymi internetowy potencjał kraju (na razie dostęp do sieci ma w nim niecałe 10 procent obywateli) jest łakomym kąskiem dla firm takich jak Microsoft, Google czy Yahoo!. Warunkiem wpuszczenia tych firm do kraju jest zgoda na cenzurę chińskiej wersji ich produktów. W ten sposób Microsoft musiał zgodzić się na blokowanie słowa „wolność” w blogach internatów, Google na usuwanie niepożądanych przez władze stron z chińskiej wersji wyszukiwarki, MySpace na wyrzucenie z serwisu grup dyskusyjnych dotyczących religii i polityki, a Skype na wycinanie „niebezpiecznych” słów z rozmów tekstowych.

Najdalej posunął się portal Yahoo!, który udostępnił chińskim władzom adres IP komputera i e-maila opozycjonisty Shi Tao, oskarżonego przez władze o ujawnienie, za pośrednictwem skrzynki mailowej Yahoo!, tajnej instrukcji, jak prasa ma reagować na 15 rocznicę masakry na placu Tian’anmen. Na podstawie tych dowodów Shi Tao został skazany na 10 lat więzienia.

Eksperci przyznają jednak, że nawet najbardziej totalitarnym reżimom nie uda się na dłuższą metę kontrolować ani ograniczać wolności w sieci. Na świecie jest już 1,6 miliarda użytkowników Internetu co oznacza, że co czwarty człowiek może kontaktować się bezpośrednio z innymi mieszkańcami naszej planety. Do telewizji BBC przeciekł niedawno nakręcony komórką film pokazujący, jak studenci uniwersytetu w Hawanie ostro skrytykowali przewodniczącego kubańskiego parlamentu, Ricardo Alarcona, za brak dostępu do serwisów filmowych i społecznościowych oraz cenzurę Internetu w tym kraju (zobacz film poniżej). Kuba jest na 165 miejscu wśród wszystkich krajów pod względem wolności słowa. Gorzej jest tylko w Erytrei, Turkmenistanie i Korei Północnej.

video>

Również chińskie władze musiały wycofać się z projektu instalowania w każdym sprzedawanym w tym kraju komputerze oprogramowania cenzurującego o nazwie Zielona Tama, co miało nastąpić od 1 lipca. Pod naciskiem chińskich internatów, którzy zagrozili bojkotem sieci w tym dniu, rząd przesunął wdrażanie projektu na bliżej nieokreślony termin. Użytkownicy sieci na całym świecie mogli świętować swoje małe zwycięstwo. „Cyfrowa kurtyna” pęka.

Jeśli interesują Cię szkolenia i publikacje na omówione w artułach tematy, wyślij mail na adres: biuro@amaf.pl

Kto ma internet, ten ma władzę (3)

środa, październik 14th, 2009

W czerwcu 2009 roku doświadczenia z internetowych kampanii wyborczych Roh Moo Hyuna i Barracka Husseina Obamy oraz wnioski z wydarzeń w Mołdawii stały się inspiracją dla Mir Houseina Mousaviego, byłego premiera Iranu i przeciwnika rządzącego w nim od czterech lat prezydenta Mahmuda Ahmadineżada. W serwisie społecznościowym Facebook, popularnym wśród młodych i wykształconych ludzi zgromadził on ponad 170 tysięcy zwolenników. Tym razem jednak wypadki potoczyły się zupełnie inaczej.

W Iranie dostęp do Internetu mają 23 miliony ludzi – jedna trzecia wszystkich mieszkańców. Jeszcze popularniejsze są telefony komórkowe. Jednak od ponad 30 lat kraj jest religijną dyktaturą, w której ostatni głos mają islamscy przywódcy – ajatollahowie. Ostre starcie było nieuniknione.

Gdy tylko w Teheranie zaczęły zbierać się tłumy zwolenników przegranego Mousaviego, zarzucający władzom sfałszowanie wyborów, pierwszą decyzją reżimu – oprócz wysłania policji na ulice - było wyłączenie telefonów komórkowych w stolicy i zablokowanie dostępu do serwisu Facebook. Jednak sam internet działał. Jak się okazało, władze miały powody, by nie wyłączać go całkowicie. Gdy na ulicach trwały krwawe starcia demonstrantów z policją, w sieci trwała inna wojna.

Cytowany przez „Wall Street Journal” ekspert ds. Internetu z Teheranu ujawnił anonimowo, że w czasie zamieszek irańskie władze po raz pierwszy użyły w pełni specjalnego urządzenia, umożliwiającego zbieranie informacji o użytkownikach sieci oraz przetwarzanie ich w celu dezinformacji. Urządzenie to o nazwie Platforma Wywiadowcza (pisałem o niej w tekście „Wszyscy jesteśmy obserwowani”, Focus nr 6/2009) wyprodukowała firma Siemens, która nie ujawnia, gdzie trafiło ok.100 sprzedanych dotąd egzemplarzy. Jak się okazało, jedną z Platform zakupiły władze Iranu.

Wykorzystywano ją dotąd głównie do podsłuchiwania rozmów telefonicznych, ale „internetowa mobilizacja” zwolenników Mousaviego spowodowała, że Platforma stała się jednym z głównych narzędzi walki z opozycją w sieci. Umożliwia ona bowiem tzw. głęboką inspekcję pakietów internetowych (DPI), co w praktyce oznacza możliwość sprawdzenia każdego maila, wpisu na forum, wiadomości w serwisie społecznościowym, a nawet ich przeredagowanie. Platforma jest w stanie odkodować każdą przesyłaną przez sieć wiadomość, usunąć z niej niepożądane słowa czy nawet całkowicie zmienić treść i powtórnie ją zakodować w czasie zaledwie kilku milisekund.

Irańscy internauci nie pozostali dłużni, chociaż ich możliwości bojowe były o wiele skromniejsze. Mimo to nawet przy ograniczonym dostępie do sieci internetowi partyzanci mogli, nie wychodząc z domów, zaopatrywać się w „broń” w dowolnym miejscu na świecie. Wystarczyło, że ściągnęli na swój komputer odpowiednie oprogramowanie.

W poniedziałek 15 czerwca 2009 roku 25-letni londyńczyk Ryan Kelly (na zdjęciu) stwierdził, że na stworzonej przez niego internetowej witrynie „Page Rebooter” w ciągu jednej nocy liczba odwiedzin wzrosła z 700 do 41 000. Witryna zawierała programowanie, które automatycznie odświeżało strony internetowe co kilka sekund. Kelly, z zawodu informatyk, wykorzystywał ją do przeglądania wyników sportowych oraz kontrolowania aukcji na serwisie Ebay. Tym razem jednak liczba odwiedzin sugerowała, że „Page Rebooter” posłużył do innego celu. Poprzez częste odświeżanie stron można bowiem zatkać mniej wydajne serwery.

Podejrzenia Kellego potwierdził anonimowy mail: „Proszę wyłączyć na kilka dni swoją stronę internetową, gdyż jest ona wykorzystywana do ataków na inne witryny”. Kelly spełnił prośbę, ale już wkrótce otrzymał kolejnego maila: „Uruchom proszę swoją stronę najszybciej , jak się da. Potrzebujemy twojej pomocy w Iranie przeciwko Ahmadineżadowi”. Po chwili jego skrzynka mailowa zapełniła się podobnymi prośbami. Kelly uruchomił stronę.

- Nigdy nie przypuszczałem, że ludzie mieszkający 4,5 tysiąca kilometrów od Londynu będą potrzebowali jej w takim celu – wyznał później agencji CNN.

Jak się okazało, irańscy cyberdysydenci zaatakowali za pomocą „Page Reebota” strony internetowe prezydenta i rządu, oficjalnych gazet, policji, wojska, banków, sądów i firm transportowych. Za pomocą maili, w których wymieniali „listę celów”, rozpowszechniali także własny programik do ataków, DoS-LOC.exe.

Ale Ryan Kelly nie był jedyną osobą, która otrzymała prośbę o niewyłączanie swojej strony. W ten sam poniedziałkowy poranek 33-letni Jack Dorsey, twórca niezwykle popularnego serwisu mikroblogowego Twitter (Głośnik) odebrał telefon od pracownika Departamentu Stanu USA. Urzędnik prosił, by przełożyć o kilka dni prace nad planowanym na ten dzień przenoszeniem serwisu na bardziej wydajne serwery, gdyż może to zakłócić dostęp do Twittera dla irańskiej opozycji. Okazało się bowiem, że po wyłączeniu sieci komórkowych przez władze w Teheranie to właśnie Głośnik, umożliwiający szybkie wysyłanie liczących do 140 znaków wiadomości, zastąpił sms-y którymi wcześniej porozumiewali się przeciwnicy Ahmadineżada.

video>

Także filmowy portal YouTube stał się narzędziem walki dla irańskich cyberdysydentów. Dzięki niemu oddział BBC nadający w języku perskim dostawał z ogarniętego zamieszkami Teheranu średnio pięć amatorskich filmów na minutę (zobacz film powyżej).

W następnym odcinku: co się dzieje w krajach za “cyfrową kurtyną”.

Kto ma internet, ten ma władzę (2)

środa, październik 7th, 2009

Wydarzenia 2001-2002 z Filipin i Korei pokazały, jak wielki wpływ na politykę mogą mieć nowoczesne technologie w rękach zwykłych ludzi. Politycy na całym świecie szybko wyciągnęli z tego wnioski – często zupełnie odmienne. Ci z demokratycznych krajów zaczęli planować swoje kampanie wyborcze tak, by jak najlepiej dotrzeć do młodych i wykształconych wyborców-internautów. Z kolei dyktatorzy zaczęli robić wszystko, by nie powtórzył się w ich krajach scenariusz Josepha Estrady czy Roh Moo Hyuna.

W 2004 roku Howard Dean (powyżej), kandydat Partii Demokratycznej w prawyborach w USA, zmobilizował za pośrednictwem swojego internetowego bloga 138 tysięcy wolontariuszy, którzy poprowadzili jego kampanię wyborczą w 820 miejscowościach na terenie Stanów Zjednoczonych. Fundusze na kampanię zdobywał dzięki datkom od internautów. Zwycięstwa wprawdzie nie uzyskał, ale przetarł szlak swoim następcom, z których najpojętniejszym okazał się Barrack Hussein Obama. Ten już doskonale potrafił wykorzystać fakt, że w USA 160 milionów ludzi ma odstęp do Internetu, a 70 milionów korzysta z niego regularnie.

Wyborcza strona internetowa Barracka Obamy (powyżej) stała się głównym motorem napędowym jego kampanii w 2008 roku. Zawierała m.in. program o nazwie „Sąsiad z sąsiadem”, dzięki któremu każdy wyborca mógł sprawdzić, kto w jego najbliższej okolicy wciąż nie zadeklarował, na kogo będzie głosować. Do programu dołączona była instrukcja, jak przekonywać niezdecydowanych wyborców. To okazało się przełomem. Obama pokonał o 7 procent głosów kontrkandydata Johna McCaina, który nie potrafił zmobilizować wyborców przez internet. Jego doradcy nie rozumieli, że równie skutecznie można pozyskiwać głosy dzięki filmikom zamieszczanym na YouTube czy zdjęciom przyjaciół w serwisach Facebook i MySpace, co spotykając się z wyborcami na wiecach.

video>

6 kwietnia 2009 roku, kilka dni po wyborach w Mołdawii, na jednej z opozycyjnych witryn znalazło się wezwanie do udziału w manifestacji przeciwko sfałszowaniu wyborów przez rządzących krajem komunistów. Wiadomość ta błyskawicznie rozniosła się po mieście m.in. poprzez serwisy społecznościowe. Efekt? Zamiast spodziewanych 400 osób, na manifestację w centrum Kiszyniowa przyszło 15 tysięcy młodych ludzi (zobacz film powyżej).

Organizatorzy nie byli w stanie zapanować nad takim tłumem. Doszło do zamieszek, manifestanci splądrowali parlament i wdarli się do siedziby prezydenta. Aresztowano o 800 osób, ale komuniści zostali zmuszeni do powtórnego przeliczenia oddanych w wyborach głosów. Jeden z najbiedniejszych krajów europy stał się prekursorem nowego typu rewolucji – rewolucji „twitterowej”.

W następnych odcinkach: o cyberwojnie domowej w Iranie, sposobach walki politycznej w sieci oraz tym, co się dzieje w krajach za “cyfrową kurtyną”.