Focus Historia: Pół miliona Polaków służyło w Wehrmachcie

W numerze 2/2010 magazynu Focus Historia ukazał się mój tekst poświęcony losom 500 tysięcy Polaków, przymusowo wcielonym do Wehrmachtu w czasie II Wojny Światowej. Tekst oparty jest zarówno na relacjach byłych żołnierzy, jak i niesamowitej historii poszukiwań grobu ojca przez Alojzego Lyskę (na zdjęciu poniżej) ze Śląska, znanego samorządowca i byłego posła na Sejm RP.

Historii tej poświęcony był też film „Dzieci Wehrmachtu”, wyemitowany w styczniu w kanale TVN Discovery Historia. Dłuższa wersja tego filmu na trafić do kin w najbliższym czasie.

W odróżnieniu od filmu, tekst w Focus Historia opowiada nie tylko nie tylko o Polakach powołanych do Wehrmachtu ze Śląska, ale także z Pomorza i północnego Mazowsza. To wciąż biała plama w historii Polski, przez ponad 60 lat objęta całkowitą zmową milczenia.

Kliknij tu, aby przeczytać artykuł w wersji online

Wywiady i poradniki video dla Multimedia Polska

W listopadzie Agencja Medialna rozpoczęła tworzenie kanału video w serwisie You Tube dla operatora telewizji kablowej Multimedia Polska. Jest to część projektu związanego z promocją tej firmy w internecie.

Filmy mogą być oglądane zarówno poprzez blog poradniczy poświęcony telewizji cyfrowej www.multi-blog.pl, jak i bezpośrednio z serwisu You Tube. Można też do nich trafić także klikając w widget z listą filmów zamieszczony w lewym bocznym pasku na dole tej strony.

Poradniki i wywiady poświęcone są szeroko pojętej telewizji cyfrowej oraz technologiom wyświetlania obrazu, także trójwymiarowego, który stał się hitem tego roku po premierze filmu „Avatar” Jamesa Camerona.

Obecnie zarówno na stronie multi-blog.pl, jak i w kanale You Tube przybywa tygodniowo jeden film realizowany  przez Agencję Medialną. Filmy te są również emitowane w kanale kablowym Multimedia Polska dla abonentów tej firmy.

  • Zobacz też video: Jak zrobić kino domowe w niewielkim pomieszczeniu?

video>

Nowe media – seminarium dla dziennikarzy i redaktorów prasy regionalnej w Kijowie

W październiku Agencja Medialna we współpracy z Wschodnioeuropejskim Centrum Demokratycznym (Warszawa) oraz Instytutem Rozwoju Prasy Regionalnej (Kijów) przeprowadziła szkolenie, pokazujące możliwości wykorzystania tzw. nowych mediów w pracy gazet lokalnych. Szkolenie obejmowało takie tematy, jak:

  1. Nowi użytkownicy mediów. Czego oczekują?
  2. Nowe technologie i trendy
  3. Rola i funkcja nowych mediów w społeczeństwie
  4. Wymagania dla dziennikarzy nowych mediów
  5. Nowe standardy: treść (kontent) , zbieranie i obróbka informacji
  6. Praca ze źródłami
  7. Wyposażenie multimedialnego reportera
  8. Interaktywność i kreowanie zawartości mediów przez użytkowników
  9. Wymagania wobec tekstów
  10. Multimedialny przekaz. Struktura i elementy
  11. Graficzne elementy nowych mediów: zdjęcia, infografiki, slajd-show, wideo, audio.

Część praktyczna obejmowała:

  1. przygotowanie i montaż krótkich reportaży i wywiadów video
  2. prezentację zdjęć w formie slideshow na stronie internetowej (z dźwiękiem i bez)
  3. wymianę informacji między dziennikarzami i redakcjami poprzez serwisy społecznościowe YouTube, SlideShare i Twitter
  4. zakładanie blogów informacyjnych

W czasie trwającego 4 dni seminarium w Kijowie przeszkoleni zostali dziennikarze i redaktorzy z 15 gazet lokalnych ze wszystkich obwodów Ukrainy.

O antysowieckiej partyzantce na Augustowszczyźnie i jej współpracy z Abwehrą przeciwko ZSRR w Focus Historia

W listopadowym magazynie Focus Historia opublikowałem tekst, który ujawnia skalę antysowieckiego ruchu oporu na polskich ziemiach zajętych przez ZSRR w wyniku paktu Ribbentrop-Mołotow. Szczególnie silne antysowieckie oddziały partyzanckie miały swoje bazy na terenie Puszczy Augustowskiej oraz bagien biebrzańskich, w tym słynnego Czerwonego Bagna.

Nieznanym dotąd faktem była współpraca polskich partyzantów na tym terenie z niemieckim wywiadem, Abwehrą, przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Augustowskie podziemie nie przebierało w środkach, jeśli chodzi o walkę z sowieckim okupantem. Może dzięki temu Białostocczyzna, jako jedyny fragment II Rzeczpospolitej zajęty przez ZSRR w 1939 roku, po wojnie wróciła do Polski? Polecam lekturę.

Kto ma internet, ten ma władzę (3)

W czerwcu 2009 roku doświadczenia z internetowych kampanii wyborczych Roh Moo Hyuna i Barracka Husseina Obamy oraz wnioski z wydarzeń w Mołdawii stały się inspiracją dla Mir Houseina Mousaviego, byłego premiera Iranu i przeciwnika rządzącego w nim od czterech lat prezydenta Mahmuda Ahmadineżada. W serwisie społecznościowym Facebook, popularnym wśród młodych i wykształconych ludzi zgromadził on ponad 170 tysięcy zwolenników. Tym razem jednak wypadki potoczyły się zupełnie inaczej.

W Iranie dostęp do Internetu mają 23 miliony ludzi – jedna trzecia wszystkich mieszkańców. Jeszcze popularniejsze są telefony komórkowe. Jednak od ponad 30 lat kraj jest religijną dyktaturą, w której ostatni głos mają islamscy przywódcy – ajatollahowie. Ostre starcie było nieuniknione.

Gdy tylko w Teheranie zaczęły zbierać się tłumy zwolenników przegranego Mousaviego, zarzucający władzom sfałszowanie wyborów, pierwszą decyzją reżimu – oprócz wysłania policji na ulice – było wyłączenie telefonów komórkowych w stolicy i zablokowanie dostępu do serwisu Facebook. Jednak sam internet działał. Jak się okazało, władze miały powody, by nie wyłączać go całkowicie. Gdy na ulicach trwały krwawe starcia demonstrantów z policją, w sieci trwała inna wojna.

Cytowany przez „Wall Street Journal” ekspert ds. Internetu z Teheranu ujawnił anonimowo, że w czasie zamieszek irańskie władze po raz pierwszy użyły w pełni specjalnego urządzenia, umożliwiającego zbieranie informacji o użytkownikach sieci oraz przetwarzanie ich w celu dezinformacji. Urządzenie to o nazwie Platforma Wywiadowcza (pisałem o niej w tekście „Wszyscy jesteśmy obserwowani”, Focus nr 6/2009) wyprodukowała firma Siemens, która nie ujawnia, gdzie trafiło ok.100 sprzedanych dotąd egzemplarzy. Jak się okazało, jedną z Platform zakupiły władze Iranu.

Wykorzystywano ją dotąd głównie do podsłuchiwania rozmów telefonicznych, ale „internetowa mobilizacja” zwolenników Mousaviego spowodowała, że Platforma stała się jednym z głównych narzędzi walki z opozycją w sieci. Umożliwia ona bowiem tzw. głęboką inspekcję pakietów internetowych (DPI), co w praktyce oznacza możliwość sprawdzenia każdego maila, wpisu na forum, wiadomości w serwisie społecznościowym, a nawet ich przeredagowanie. Platforma jest w stanie odkodować każdą przesyłaną przez sieć wiadomość, usunąć z niej niepożądane słowa czy nawet całkowicie zmienić treść i powtórnie ją zakodować w czasie zaledwie kilku milisekund.

Irańscy internauci nie pozostali dłużni, chociaż ich możliwości bojowe były o wiele skromniejsze. Mimo to nawet przy ograniczonym dostępie do sieci internetowi partyzanci mogli, nie wychodząc z domów, zaopatrywać się w „broń” w dowolnym miejscu na świecie. Wystarczyło, że ściągnęli na swój komputer odpowiednie oprogramowanie.

W poniedziałek 15 czerwca 2009 roku 25-letni londyńczyk Ryan Kelly (na zdjęciu) stwierdził, że na stworzonej przez niego internetowej witrynie „Page Rebooter” w ciągu jednej nocy liczba odwiedzin wzrosła z 700 do 41 000. Witryna zawierała programowanie, które automatycznie odświeżało strony internetowe co kilka sekund. Kelly, z zawodu informatyk, wykorzystywał ją do przeglądania wyników sportowych oraz kontrolowania aukcji na serwisie Ebay. Tym razem jednak liczba odwiedzin sugerowała, że „Page Rebooter” posłużył do innego celu. Poprzez częste odświeżanie stron można bowiem zatkać mniej wydajne serwery.

Podejrzenia Kellego potwierdził anonimowy mail: „Proszę wyłączyć na kilka dni swoją stronę internetową, gdyż jest ona wykorzystywana do ataków na inne witryny”. Kelly spełnił prośbę, ale już wkrótce otrzymał kolejnego maila: „Uruchom proszę swoją stronę najszybciej , jak się da. Potrzebujemy twojej pomocy w Iranie przeciwko Ahmadineżadowi”. Po chwili jego skrzynka mailowa zapełniła się podobnymi prośbami. Kelly uruchomił stronę.

– Nigdy nie przypuszczałem, że ludzie mieszkający 4,5 tysiąca kilometrów od Londynu będą potrzebowali jej w takim celu – wyznał później agencji CNN.

Jak się okazało, irańscy cyberdysydenci zaatakowali za pomocą „Page Reebota” strony internetowe prezydenta i rządu, oficjalnych gazet, policji, wojska, banków, sądów i firm transportowych. Za pomocą maili, w których wymieniali „listę celów”, rozpowszechniali także własny programik do ataków, DoS-LOC.exe.

Ale Ryan Kelly nie był jedyną osobą, która otrzymała prośbę o niewyłączanie swojej strony. W ten sam poniedziałkowy poranek 33-letni Jack Dorsey, twórca niezwykle popularnego serwisu mikroblogowego Twitter (Głośnik) odebrał telefon od pracownika Departamentu Stanu USA. Urzędnik prosił, by przełożyć o kilka dni prace nad planowanym na ten dzień przenoszeniem serwisu na bardziej wydajne serwery, gdyż może to zakłócić dostęp do Twittera dla irańskiej opozycji. Okazało się bowiem, że po wyłączeniu sieci komórkowych przez władze w Teheranie to właśnie Głośnik, umożliwiający szybkie wysyłanie liczących do 140 znaków wiadomości, zastąpił sms-y którymi wcześniej porozumiewali się przeciwnicy Ahmadineżada.

video>

Także filmowy portal YouTube stał się narzędziem walki dla irańskich cyberdysydentów. Dzięki niemu oddział BBC nadający w języku perskim dostawał z ogarniętego zamieszkami Teheranu średnio pięć amatorskich filmów na minutę (zobacz film powyżej).

W następnym odcinku: co się dzieje w krajach za „cyfrową kurtyną”.

Kto ma internet, ten ma władzę (2)

Wydarzenia 2001-2002 z Filipin i Korei pokazały, jak wielki wpływ na politykę mogą mieć nowoczesne technologie w rękach zwykłych ludzi. Politycy na całym świecie szybko wyciągnęli z tego wnioski – często zupełnie odmienne. Ci z demokratycznych krajów zaczęli planować swoje kampanie wyborcze tak, by jak najlepiej dotrzeć do młodych i wykształconych wyborców-internautów. Z kolei dyktatorzy zaczęli robić wszystko, by nie powtórzył się w ich krajach scenariusz Josepha Estrady czy Roh Moo Hyuna.

W 2004 roku Howard Dean (powyżej), kandydat Partii Demokratycznej w prawyborach w USA, zmobilizował za pośrednictwem swojego internetowego bloga 138 tysięcy wolontariuszy, którzy poprowadzili jego kampanię wyborczą w 820 miejscowościach na terenie Stanów Zjednoczonych. Fundusze na kampanię zdobywał dzięki datkom od internautów. Zwycięstwa wprawdzie nie uzyskał, ale przetarł szlak swoim następcom, z których najpojętniejszym okazał się Barrack Hussein Obama. Ten już doskonale potrafił wykorzystać fakt, że w USA 160 milionów ludzi ma odstęp do Internetu, a 70 milionów korzysta z niego regularnie.

Wyborcza strona internetowa Barracka Obamy (powyżej) stała się głównym motorem napędowym jego kampanii w 2008 roku. Zawierała m.in. program o nazwie „Sąsiad z sąsiadem”, dzięki któremu każdy wyborca mógł sprawdzić, kto w jego najbliższej okolicy wciąż nie zadeklarował, na kogo będzie głosować. Do programu dołączona była instrukcja, jak przekonywać niezdecydowanych wyborców. To okazało się przełomem. Obama pokonał o 7 procent głosów kontrkandydata Johna McCaina, który nie potrafił zmobilizować wyborców przez internet. Jego doradcy nie rozumieli, że równie skutecznie można pozyskiwać głosy dzięki filmikom zamieszczanym na YouTube czy zdjęciom przyjaciół w serwisach Facebook i MySpace, co spotykając się z wyborcami na wiecach.

video>serwisy społecznościowe. Efekt? Zamiast spodziewanych 400 osób, na manifestację w centrum Kiszyniowa przyszło 15 tysięcy młodych ludzi (zobacz film powyżej).

Organizatorzy nie byli w stanie zapanować nad takim tłumem. Doszło do zamieszek, manifestanci splądrowali parlament i wdarli się do siedziby prezydenta. Aresztowano o 800 osób, ale komuniści zostali zmuszeni do powtórnego przeliczenia oddanych w wyborach głosów. Jeden z najbiedniejszych krajów europy stał się prekursorem nowego typu rewolucji – rewolucji „twitterowej”.

W następnych odcinkach: o cyberwojnie domowej w Iranie, sposobach walki politycznej w sieci oraz tym, co się dzieje w krajach za “cyfrową kurtyną”.

Kto ma internet, ten ma władzę (1)

Bronią buntowników XXI wieku nie są już kamienie i butelki z benzyną, a telefony komórkowe i komputery z dostępem do Internetu. Dyktatorzy na całym świecie także coraz mniej polegają na policji i wojsku, a coraz więcej inwestują w technologie, pozwalające na skuteczną walkę z cyberdysydentami. Kto wygra tę próbę sił?

video>dzięki Internetowi – mógł zobaczyć wstrząsające zdjęcia z ogarniętego powyborczymi zamieszkami Iranu.

Dla dyktatorskich reżimów internet i telefony komórkowe są dziś największym wyzwaniem. Z jednej strony – nie da się bez nich budować nowoczesnej i wydajnej gospodarki. Z drugiej – dla młodych i wykształconych ludzi z sieć stała się oazą wolności. Jak się okazało, bardzo niebezpieczną dla totalitarnej władzy.

Pierwszym prezydentem, który stracił urząd dzięki mailom i sms-om był Joseph Ejercito Estrada (powyżej). W ciągu trzech lat rządów ten filipiński populista zdefraudował kilka miliardów dolarów z państwowych funduszy. 20 stycznia 2001 roku wściekli mieszkańcy Manili, stolicy kraju, zaczęli rozsyłać do znajomych sms-y i maile o treści „Go 2EDSA, wear black”. Ten skrót oznaczał „Idź na (aleję) Epifanio de los Santos, załóż czarne ubranie”.

Zwołana przez komórki i komputery demonstracja zgromadziła milion ludzi. W ciągu następnych dni ubrany na czarno tłum gromadził się jeszcze kilkakrotnie. Prezydent Estrada musiał ustąpić (po czym został skazany na dożywocie).

Kiedy więc po wyborach w Iranie zwolennicy opozycyjnego kandydata Mir Hosseina Mousaviego (na zdjęciu powyżej) zapowiedzieli,  że nie uznają jego przegranej i zaczęli zwoływać się na demonstracje, jedną z pierwszych decyzji reżimu było wyłączenie nadajników telefonii komórkowej i blokada serwisu społecznościowego Facebook (odpowiednik naszej-klasy.pl), w którym Mousavi  prowadził wcześniej kampanię wyboczą, pozyskując tysiące młodych zwolenników. Wiedział, co robi. Siedem lat wcześniej inny „człowiek znikąd” wygrał w podobny sposób wybory w Korei Południowej.

W 2002 roku liberał Roh Moo Hyun nie miał szans na zwycięstwo w wyborach prezydenckich. Trzy główne konserwatywne dzienniki kraju – mające 80 procent rynku – popierały kandydaturę Li Hoi Changa z Partii Narodowej. Również telewizja nie była mu przychylna. Nieoczekiwane poparcie przyszło ze strony serwisu internetowego OhmyNews.

Ten założony w 2000 roku portal w ciągu dwóch lat stał największym forum dyskusyjnym na świecie, działającym pod hasłem „Każdy obywatel jest reporterem”. Publikowało w nim swoje teksty 300 tysięcy dziennikarzy-amatorów, najczęściej nastawionych opozycyjnie wobec rządzącej ekipy i oficjalnych mediów.

Roh Moo Hyun (powyżej) jako pierwszy polityk na świecie zrozumiał, jaka siła drzemie w tym spontanicznym obywatelskim ruchu. Swoją kampanię wyborczą oparł na Internecie, do którego w 2002 roku miało dostęp już ponad 70 procent mieszkańców Korei Południowej, będącej jednym z najlepiej zinformatyzowanych krajów świata. Za pośrednictwem OhmyNews zaczęły powstawać lokalne komitety wyborcze, rozpoczęło się zbieranie funduszy i organizowanie wieców poparcia. 19 grudnia 2002 roku nadszedł dzień próby.

Pierwsze sondaże z dnia wyborów nie były korzystne dla Roh Moo Hyuna. Jego kontrkandydat miał cały czas przewagę. Wtedy wolontariusze z OhmyNews rozpoczęli rozsyłanie maili i sms-ów z prośbą o poparcie. Dotarły one do 800 tysięcy wyborców. Finisz głosowania był imponujący. W ciągu ostatnich kilku godzin przed zamknięciem lokali wyborczych liberał wyprzedził swojego konkurenta o 570 980 głosów. Roh Moo Hyun został pierwszym w historii prezydentem wybranym dzięki internautom.

W następnych odcinkach: o pierwszych internetowych kampaniach wyborczych w USA, cyberwojnach domowych w Mołdawii i Iranie, sposobach walki politycznej w sieci oraz tym, co się dzieje w krajach za „cyfrową kurtyną”.

Dziennikarz-freelancer: współpraca Agencji Medialnej z magazynem Focus

Wpółpraca Agencji Medialnej z wydawnictwem Gruner&Jahr zaoowocowała publikacją – w czasie niespełna 4 miesięcy – 14 tekstów o bardzo różnorodnej tematyce.

W numerze marcowym Focusa na okładce pojawił się temat o somalijskich piratach i ich powiązaniach z islamskimi grupami terrorystycznymi. Po zimowej przerwie piraci wznowili bowiem aktywność i prasa całego świata znów zaczęła poświęcać im  miejsce na pierwszych stronach. Magazyn Focus – chociaż jest miesięcznikiem i jego cykl produkcyjny trwa długo – wstrzelił się z tematem w doskonały czas. Zainteresowanym polecam lekturę tekstu „Świat kontra piraci”. 

 

Również w marcu na okładce Focusa Historia znalazł się temat o nieuleczalnej ludzkiej chciwości jako przyczynie światowego kryzysu ekonomicznego „Kronika zapowiedzianego krachu”. Redakcja poświęciła różnym aspektom recesji także wydany w maju numer specjalny, zawierający m.in. tekst „Kryzys lepszy od viagry”.

 

 

W kwietniu na okładce Focusa ukazał się tekst o badaniach naukowych, dotyczących zorganizowanej przestępczości. W tym samym numerze znalazł się artykuł o kłopotach współczesnej cywilizacji z ilością wyproduowanych przez nią informacji „Inwazja niezniszczalnych danych”. Kwietniowy Focus Historia zamieścił z kolei mój tekst o ucieczkach z obozów jenieckich w czasie II Wojny Światowej. 

 

 W czerwcowym numerze Focusa znalazł się tekst o wyrafinowanych metodach śledzenia ludzi przez służby wywiadowcze, a w Focusie Ekstra publikacje dotyczące najnowszych badań na temat seksu (Polecam „Cenę orgazmu”). Równie ciekawie zapowiada się kolejny numer specjalny o ekstremalnych psychicznych i fizycznych doświadczeniach ludzi, który ma ukazać się 3 lipca.